sobota, 16 czerwca 2018

Kto i dlaczego lepiej mobilizuje wyborców i zagospodarowuje namiętności polityczne w ostatnich latach - lewica czy prawica?

W przeciągu ostatniej dekady media nieustannie i ze szczególnie zwiększoną częstotliwością w okresie wyborów serwują nam różnej proweniencji sondaże polityczne, w których zwykle kilka najpopularniejszych miejsc zajmują partie określane jako prawicowe lub centroprawicowe. Taki stan rzeczy przynajmniej w Polsce doprowadził już do znacznego przesunięcia znaczenia pojęcia lewica, którym określa się coraz to bardziej centrowe partie, a nawet – jak w przypadku PiS/PO – partie populistyczno-prawicowe. Jedna z największych facebookowych grup o charakterze lewicowym o nazwie „Komuna Postpiwniczna” liczy ponad 3000 członków, podczas gdy grupa „#IDĘ11”, związana z Marszem Niepodległości – ponad 8000. Odpowiedź na pytanie postawione w tytule notki wydaje się zatem jasna – przynajmniej jeśli chodzi o „kto”. Jakie są jednak powody takiej sytuacji?

Rozwój nowych mediów i form wymiany myśli stworzył przestrzeń, w której poruszanie się wymaga obycia i poznania jej specyfiki. Dobrym przykładem są różnego rodzaju fora z memami, takie jak 4chan, czy rozrastający się slang. Internet podzielił się na swego rodzaju warstwy lub też sektory, skupiające różne typy ludzi. W ten sposób na portalach typu 4chan czy Reddit skupiły się osoby o nastawieniu kontrkulturowym, przy okazji tworząc kulturę wypowiedzi opartą o dosadne, często obraźliwe i wulgarne wypowiedzi wzbudzające emocje. Stało to naturalnie w sprzeczności z polityką poprawności politycznej stosowaną przez lewicę, dlatego ustąpiła ona pola na tej płaszczyźnie, pozwalając prawicy na skuteczne rekrutowanie młodych, sfrustrowanych ludzi[1].

Ludzie obracający się w takich rejonach Internetu naturalnie najlepiej operowali w swoich wypowiedziach hejtem, dlatego m.in. skrupulatnie wykorzystali okazję do rozpętania nagonki wobec feministek przy okazji afery dotyczącej kobiet w branży gier wideo, zwanej „Gamergate”. Prawicowcy skutecznie wykorzystują również frustrację młodych mężczyzn, wynikającą z trudności w realizacji tradycyjnych wzorców męskości, kierując ich poczucie winy na ruchy feministyczne oraz podsycając mizoginizm[1].

Wszystkie te umiejętności skupiają się w polu komunikacji i umiejętności kreowania narracji. Tutaj z kolei wystarczy zajrzeć do prawicowych wydawnictw, sklepów odzieżowych i na organizowane przezeń wydarzenia: mity o Żołnierzach Wyklętych, husarii, Powstaniu Warszawskim i inne tego typu konstrukty składają się na wielkie, romantyczne wizje, które przyciągają do siebie ludzi i motywują ich do działania.

Tymczasem lewica, na co zwracają uwagę komentatorzy, stworzyła wokół siebie bańkę informacyjną, w ramach której rozważania dotyczące wielu istotnych z jej punktu widzenia problemów przybrały karykaturalne formy, kompletnie niezrozumiałe i co za tym idzie budzące niechęć osób z zewnątrz. Ostrze polityki tożsamościowej, którym radośnie wymachują radykalni aktywiści, zdążyło już zostać skierowane nawet przeciwko przedstawicielkom feminizmu drugiej fali, takim jak Germaine Greer[1].

Powyższe wiąże się z zaistnieniem radykalnej polityki non-platformingu, która w Polsce znalazła odzwierciedlenie nawet w żartobliwym powiedzeniu „kolejny podział na lewicy”, stosowanym przy okazji pojawiania się różnic światopoglądowych. Stawia to lewicę w sytuacji, kiedy nie jest w stanie skutecznie stawiać oporu prawicowej narracji, gdyż nie potrafi się dogadać sama ze sobą. Co najgorsze, w wewnętrznych walkach na lewicy taktyki stosowane przez prawicę mają się całkiem dobrze: bezpodstawne oskarżenia o dyskryminujące poglądy czy zwykły hejting mogą łatwo zostać skierowane w stronę osób o „heretyckich” poglądach[1].

Mark Fisher w swoim tekście „Wyjście z Zamku Wampirów” przedstawił wizję wielu konfiguracji lewicy, z którymi mamy obecnie do czynienia. Tytułowy Zamek Wampirów skupia się na wzbudzaniu poczucia winy, będąc archetypicznym wręcz przykładem tego, jak działa „polowanie na czarownice”. Dodatkowo, po jego stronie stoi pojawiające się wrażenie atakowania wysiłków na rzecz pokonania dyskryminacji przez tych, którzy chcieliby uderzyć w jego działanie. Inną konfiguracją są „neoanarchiści”, którzy ograniczają swoją aktywność właściwie wyłącznie do narzekania[2].

Wyżej opisany stan rzeczy dowodzi zatem zdecydowanie, że prym w mobilizowaniu wyborców wiedzie prawica. Wskazuje on również na najważniejsze problemy, z jakimi przy próbie realizacji takiego zadania mierzy się lewica. W jaki sposób zatem może ona przełamać swoją ułomność w stosunku do prawicy na tytułowej płaszczyźnie?

Wspomniany już wyżej Fisher proponuje po pierwsze odrzucenie polityki tożsamości oraz traktowanie wszelkich konstrukcji tożsamościowych jako prowizorycznych i sztucznych, a także mocniejsze akcentowanie klasowości, bez której lewica traci swoją istotę. Snuje również wizję angażowania się w pomniejsze działania, co dałoby możliwość wypracowania przestrzeni do dyskusji[2]. Z kolei w tekście Majmurka znajdujemy cenną uwagę, że lewica powinna znów nauczyć się bronić swojej wizji w dyskusji z oponentami, zamiast żądać ich uciszenia[1]. Wymaga to jednak nie tylko przełamania schematów utrwalonych przez dekady, ale również stawienia czoła historii – i nie chodzi mi tu tylko o narrację dotyczącą przeszłości.

Netgrafia: [1] Jakub Majmurek, „Jak tumblr-lewica przegrała z South Park-prawicą”. http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/majmurek-jak-tumblr-lewica-przegrala-z-south-park-prawica/ [2] Mark Fisher, „Wyjście z Zamku Wampirów”. https://nowyobywatel.pl/2017/12/19/wyjscie-z-zamku-wampirow/

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

To w końcu kara boska czy biologia? Czyli w jaki sposób metaforyzujemy choroby.

Photo by rawpixel.com on Unsplash



Choroba z pewnością nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń w życiu człowieka. Natomiast odwieczna ludzka potrzeba rozumienia świata i poczucie głębszego sensu życia sprawiały, że często to „zaburzenie normalności” próbowano jakoś wytłumaczyć i przez to oswoić się z jego obecnością. Szczególnym lękiem napawają choroby uważane za nieuleczalne bądź też w jakikolwiek sposób tajemnicze, niezrozumiałe, nietypowe. Dlatego też głównie to właśnie je metaforyzowano. Bowiem „Każda choroba, która kryje w sobie jakąś tajemnicę i powoduje silny strach, będzie postrzegana również jako choroba moralnie, jeśli nie dosłownie, zakaźna.”.
Temat ten, w ciekawy sposób opisuje Susan Sontag w swoim eseju „Choroba jako metafora”. Chorobami, na których głównie się skupia są gruźlica i rak, które uchodziły niegdyś za nieuleczalne i obrosły w wiele mitów. Zwraca ona uwagę na to, jak dużą wagę odgrywają określenia przypisywane do danej choroby w stygmatyzacji i etykietowaniu osób, które na nią zapadły. Analizuje więc ona koncepcje, które pojawiały się na przestrzeni lat i próbowały niejako wyjaśnić przyczynę schorzeń i znaleźć korelację z jakimiś czynnikami. Dodam jeszcze, że tekst został wydany w roku 1978, musimy więc pamiętać, że realia od tamtego czasu uległy jednak zmianie, a postęp medycyny ciągle rozwiewa kolejne mity.
Jeszcze w XIX w. gruźlica i rak pod względem typologicznym były właściwie tym samym. Postrzegano je jako proces, w którym ciało poddane jest konsumpcji. Postępy wiedzy medycznej sprawiły jednak, że „główne metafory związane z obu chorobami nabrały wyraźnie odmiennego i w znacznej mierze kontrastującego ze sobą charakteru”. Teraz po krótce przedstawię, jak wyglądały metafory dotyczące obu tych chorób. Gruźlice postrzegano jako atakującą jedynie płuca, raka natomiast jako chorobę zdolną zaatakować każdy organ i rozprzestrzenić się po całym organizmie. Gruźlica to nieustanne kontrasty, rak to rozrost. Symptomy gruźlicy można łatwo zaobserwować już w najwcześniejszych stadiach, rak rozwija się po cichu, bez naszej świadomości a objawy pojawiają się, gdy jest już za późno. Gruźlica wywołuje okresy euforii, zwiększonego apetytu i pobudzenia seksualnego, rak niszczy wszelkie siły witalne. Gruźlica jest dezintegracją, dematerializacją, chorobą płynów (w które zamienia się ciało) i powietrza, rak natomiast jest degeneracją, zamieniającą żywą tkankę w twardy guz. „W przypadku gruźlicy pacjent jest „konsumowany”, spalany. W przypadku raka ulega „inwazji” obcych komórek, które mnożą się, wywołując atrofię lub blokadę funkcji życiowych.” Gruźlica jest chorobą czasu (przyśpiesza życie i czyni je bardziej wyrazistym, uduchowionym), rak to choroba lub patologia przestrzeni (rozprzestrzenia się, czasem konieczna jest amputacja jakiejś części ciała). Gruźlica to raczej choroba ubóstwa (niekoniecznie dosłownego), rak jest chorobą klasy średniej (dostatku i nadmiaru). W przypadku gruźlicy pomóc miała zmiana otoczenia, w przypadku raka to nie pomagało. Gruźlica jest stosunkowo bezbolesna, przynosi lekką śmierć, rak wiąże się z trudnym do zniesienia bólem i śmiercią w cierpieniach. „Podczas gdy gruźlica nabiera właściwości związanych z płucami, należącymi do górnej, uduchowionej części ciała, rak znany jest z tego, że atakuje często te organy (jelito grube, pęcherz, odbytnicę, pierś, szyjkę macicy, gruczoł krokowy, jądra), o których mówi się z zażenowaniem. Dlatego też gruźlica nadawała śmierci znaczenia, była niejako budująca, oczyszczająca i wyrafinowana, podczas gdy rak upokarza, przysparza bólu, cierpienia i nie ma związku z duchowością.
Można zauważyć zdecydowaną różnicę w wartościowaniu tych chorób poprzez użycie konkretnych metafor. Gruźlica bowiem, razem z chorobami psychicznymi były utożsamiane z namiętnością, miały więc istotną rolę w epoce romantyzmu. Gruźlica wiązała się z pożądaną wówczas aparycją- szczupła sylwetka, blada cera, rumieńce, mętny wzrok. Zarówno obłęd jak i gruźlica były utożsamiane z niepochamowanym żarem uczuć, namiętnością i wyjątkową wrażliwością, z jednostkami wyjątkowymi, które są ponad światem zwykłych ludzi. Również towarzysząca chorobie nieustanna wizja śmierci była bliska rozmyślaniom romantyków.
Tak jak wspominałam, od czasu napisania wspomnianego eseju trochę się zmieniło. Gruźlica jest jedynie wspomnieniem, rak, mimo, że nadal uważany za straszną chorobę i często wyrok śmierci, wydaje mi się, że stracił już w znacznym stopniu ze swojej dawnej metafory. Co natomiast przejęło ich rolę współcześnie? Moim zdaniem renesans przechodzą choroby psychiczne powracając ze swoimi metaforami rodem z romantyzmu. Obecnie na swój sposób modna jest kultura „edgy”, bycia smutnym i posiadania zaburzeń emocjonalnych. Osoby takie kreują w ten sposób swoje poczucie odmienności, oryginalności, wyjątkowości. W tym momencie nie próbuję lekceważyć chorób psychicznych, wręcz przeciwnie. Odnoszę wrażenie, że wspomniane wyżej osoby przyczyniają się do braku akceptacji, zrozumienia i lekceważenia w społeczeństwie osób, które naprawdę ogromnie cierpią z powodu takich przypadłości, utrwalając w ludziach poczucie, że zaburzenia emocjonalne to jedynie coś urojonego, wynikającego z mody i nie ma sensu traktowanie tego na poważnie.
Patrząc w przeszłość większość dawnych metafor dotyczących chorób wydaje się być wręcz irracjonalna, zastanówmy się jednak czy w przyszłości tak samo nie pomyślimy o obecnie wygłaszanych opiniach. Warto więc zastanowić się, czy podczas wypowiadania się na temat jakiejś choroby nie ranimy kogoś, kto na nią choruję. Takie osoby mają wystarczająco dużo cierpienia i kompleksów, a wygłaszając, zazwyczaj nie mające zbyt wiele wspólnego z prawdą, opinie sprawiamy, że czują się jeszcze gorzej i trudniej radzą sobie z leczeniem.  

Co w praktyce może oznaczać postulowana przez Benhabib nieszczelność granic? - Natalia Adam


      

    W obecnych czasach po raz kolejny w historii wzrasta liczba osób, które opuszczają swój kraj z własnej nieprzymuszonej woli lub też za sprawą niekorzystnej sytuacji w ich kraju, zarówno gospodarczej jak i społecznej. Ocieplenie się klimatu powoduje masowe migracje ludności z Afryki, wojny pustoszące kraje i zabierające bliskich zmuszają ludzi do ucieczki z ojczyzny i szukanie bezpieczeństwa poza jej granicami. Tym samym narasta lęk przed tym jak poradzić sobie z masowym zetknięciem się z nową kulturą i z doświadczeniami jakie ich dotykają w warunkach panujących w naszych krajach.
    Europa z jednej strony jest dla imigrantów np. z krajów afrykańskich, kontynentem z którym wiążą swoje nadzieje, a z drugiej strony miejscem, które brutalnie te marzenia niszczy i ich odrzuca. W ubogich krajach Europa jawi się jako swojego rodzaju raj na ziemi, miejsce gdzie będą mogli nareszcie żyć na wyższym poziomie, gdzie będą w stanie znaleźć pracę i utrzymać siebie i swoje rodziny. W momencie w którym chcą się do Europy dostać, napotykają się na ścianę odmowy. Ilość wymaganych papierów, oszczędności i kontaktów jakie muszą posiadać by dostać się do upragnionego celu jest ogromna. I kiedy uda im się dostać do Europy zderzają się z prawdą, która nie jest dla nich najlepsza. Zdarza się, że tacy nielegalni imigranci dostają prace najmniej płatne, mieszkają zbiorowo w okropnych warunkach i nie są w stanie ściągnąć swojej rodziny do siebie. Ich marzenie o lepszym życiu przekształca się w pracę poniżej ich kwalifikacji tylko i wyłącznie przez to, że nie są oni w stanie pracować legalnie. Załatwienie sobie legalnego pobytu też nie jest proste. Wymaga to nie tylko chęci osoby opuszczającej swój kraj, ale przede wszystkim chęci pomocy i współpracy państwa do którego się on udaje.  Unia europejska i możliwości jakie ona za sobą niesie, nie mogłyby znacznie pomóc w takiej sytuacji np. poprzez większe otwarcie się na wszechstronnie wykształconych i nastawionych na poznawanie nowej kultury imigrantów, których nie blokowałyby granice, przez które bardzo trudno się przedostać. Ogromnym plusem nieszczelności granic byłaby integracja ponadnarodowa, ale oczywiście nie wolno zapominać, że ludzie są bardzo różni i to co dla jednych może oznaczać coś dobrego, niosącego korzyści dla innych może się jawić jako zagrożenie, strach przed wzmożoną konkurencją, utratą pracy i obniżeniem poziomu życia.
   Poczucie tożsamości jest niebywale istotną kwestią jeśli chodzi o miejsce zamieszkania. Wpływa ono na zachowania jednostki, na to czy adaptuje się ona do nowego środowiska czy też nie. Nieszczelność granic może sprawić, że napłynie znacznie więcej imigrantów, uchodźców i azylantów, którzy mogą mieć znaczny problem z adaptacją w nowych warunkach. W skrajnych przypadkach nieszczelność granic może oznaczać zatracenie się tożsamości narodowej jednostki. W wyniku zmiany kraju i przyznania mu praw, może on w gwałtowny sposób odciąć się od swojej kultury, swojego języka i korzeni. Istnieje możliwość, że taka osoba w odseparowaniu od swojego kraju i kultury, od ludzi z którymi łączyły je pewne cechy zatraci je, a jednocześnie nie odnajdzie się w nowym społeczeństwie. Prowadzi to do osamotnienia takiej jednostki lub też jej izolacji od społeczeństwa. Może to jednak mieć też pozytywne aspekty, takie jak jedność z innymi imigrantami,uchodźcami z którymi łączyć ich będą np.wspólne doświadczenia.
   Nieszczelne granice nie muszą jawić się jako coś złego, co przyniesie jedynie chaos i zniszczenie. Istnieje możliwość stworzenia dosyć harmonijnego ładu, jeśli wszyscy mieszkańcy danego kraju, zarówno obywatele jak i imigranci i azylanci, byliby traktowani w taki sam sposób, mieli te same prawa, bez dyskryminacji na lepszych i gorszych. Jedną z obaw jest to, że nowi przybysze nie tyle chcą bezpiecznego miejsca do życia, co miejsca które da im znaczny dostatek, a tym samym, że w jednym miejscu dojdzie do dużego skupiska ludzi z innej kultury, którzy nie będą chcieli dostosować się do kultury panującej, ale przenieść i respektować jedynie swoją kulturę kosztem innych obywateli. Nie są to bezpodstawne obawy, jednak w momencie w którym byliby oni rozproszeni na całą Europę, a nie tylko na niektóre państwa, szanse takich dużych kolonii zmalałyby. Żeby jednak mogło to dojść do skutku kraje europejskie musiałyby być w jednakowym stopniu atrakcyjne. Należałoby za pomocą Unii Europejskiej wdrożyć takie same prawa i ujednolicić poziom gospodarczy, tak aby imigranci, uchodźcy i azylanci mogli naturalnie rozejść się po różnych krajach nie tworząc w nich niepotrzebnych napięć, obaw i zgromadzeń, które potencjalnie mogłyby stanowić zagrożenie dla danego społeczeństwa.
    W obliczu nastających zmian nieszczelność granic nie wydaje się być nieodpowiednią opcją. Całkowite zamknięcie granic i ograniczenie się jedynie do pomocy na miejscu byłoby niemoralne wobec cierpiących ludzi. Pozostawienie jednak granic kompletnie otwartych jest jednak również niemożliwe, ponieważ doprowadziłoby to do rozprzestrzenienia się rejonów zdominowanych przez terroryzm i braku jakiejkolwiek kontroli, nad tym co się dzieje w granicach państw. Nieszczelność granic Benhabib wydaje się być całkiem realistyczna i rozsądna w obecnej sytuacji, w której każdy ruch wydaje się nieść za sobą również negatywne konsekwencje.