poniedziałek, 30 kwietnia 2018

To w końcu kara boska czy biologia? Czyli w jaki sposób metaforyzujemy choroby.

Photo by rawpixel.com on Unsplash



Choroba z pewnością nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń w życiu człowieka. Natomiast odwieczna ludzka potrzeba rozumienia świata i poczucie głębszego sensu życia sprawiały, że często to „zaburzenie normalności” próbowano jakoś wytłumaczyć i przez to oswoić się z jego obecnością. Szczególnym lękiem napawają choroby uważane za nieuleczalne bądź też w jakikolwiek sposób tajemnicze, niezrozumiałe, nietypowe. Dlatego też głównie to właśnie je metaforyzowano. Bowiem „Każda choroba, która kryje w sobie jakąś tajemnicę i powoduje silny strach, będzie postrzegana również jako choroba moralnie, jeśli nie dosłownie, zakaźna.”.
Temat ten, w ciekawy sposób opisuje Susan Sontag w swoim eseju „Choroba jako metafora”. Chorobami, na których głównie się skupia są gruźlica i rak, które uchodziły niegdyś za nieuleczalne i obrosły w wiele mitów. Zwraca ona uwagę na to, jak dużą wagę odgrywają określenia przypisywane do danej choroby w stygmatyzacji i etykietowaniu osób, które na nią zapadły. Analizuje więc ona koncepcje, które pojawiały się na przestrzeni lat i próbowały niejako wyjaśnić przyczynę schorzeń i znaleźć korelację z jakimiś czynnikami. Dodam jeszcze, że tekst został wydany w roku 1978, musimy więc pamiętać, że realia od tamtego czasu uległy jednak zmianie, a postęp medycyny ciągle rozwiewa kolejne mity.
Jeszcze w XIX w. gruźlica i rak pod względem typologicznym były właściwie tym samym. Postrzegano je jako proces, w którym ciało poddane jest konsumpcji. Postępy wiedzy medycznej sprawiły jednak, że „główne metafory związane z obu chorobami nabrały wyraźnie odmiennego i w znacznej mierze kontrastującego ze sobą charakteru”. Teraz po krótce przedstawię, jak wyglądały metafory dotyczące obu tych chorób. Gruźlice postrzegano jako atakującą jedynie płuca, raka natomiast jako chorobę zdolną zaatakować każdy organ i rozprzestrzenić się po całym organizmie. Gruźlica to nieustanne kontrasty, rak to rozrost. Symptomy gruźlicy można łatwo zaobserwować już w najwcześniejszych stadiach, rak rozwija się po cichu, bez naszej świadomości a objawy pojawiają się, gdy jest już za późno. Gruźlica wywołuje okresy euforii, zwiększonego apetytu i pobudzenia seksualnego, rak niszczy wszelkie siły witalne. Gruźlica jest dezintegracją, dematerializacją, chorobą płynów (w które zamienia się ciało) i powietrza, rak natomiast jest degeneracją, zamieniającą żywą tkankę w twardy guz. „W przypadku gruźlicy pacjent jest „konsumowany”, spalany. W przypadku raka ulega „inwazji” obcych komórek, które mnożą się, wywołując atrofię lub blokadę funkcji życiowych.” Gruźlica jest chorobą czasu (przyśpiesza życie i czyni je bardziej wyrazistym, uduchowionym), rak to choroba lub patologia przestrzeni (rozprzestrzenia się, czasem konieczna jest amputacja jakiejś części ciała). Gruźlica to raczej choroba ubóstwa (niekoniecznie dosłownego), rak jest chorobą klasy średniej (dostatku i nadmiaru). W przypadku gruźlicy pomóc miała zmiana otoczenia, w przypadku raka to nie pomagało. Gruźlica jest stosunkowo bezbolesna, przynosi lekką śmierć, rak wiąże się z trudnym do zniesienia bólem i śmiercią w cierpieniach. „Podczas gdy gruźlica nabiera właściwości związanych z płucami, należącymi do górnej, uduchowionej części ciała, rak znany jest z tego, że atakuje często te organy (jelito grube, pęcherz, odbytnicę, pierś, szyjkę macicy, gruczoł krokowy, jądra), o których mówi się z zażenowaniem. Dlatego też gruźlica nadawała śmierci znaczenia, była niejako budująca, oczyszczająca i wyrafinowana, podczas gdy rak upokarza, przysparza bólu, cierpienia i nie ma związku z duchowością.
Można zauważyć zdecydowaną różnicę w wartościowaniu tych chorób poprzez użycie konkretnych metafor. Gruźlica bowiem, razem z chorobami psychicznymi były utożsamiane z namiętnością, miały więc istotną rolę w epoce romantyzmu. Gruźlica wiązała się z pożądaną wówczas aparycją- szczupła sylwetka, blada cera, rumieńce, mętny wzrok. Zarówno obłęd jak i gruźlica były utożsamiane z niepochamowanym żarem uczuć, namiętnością i wyjątkową wrażliwością, z jednostkami wyjątkowymi, które są ponad światem zwykłych ludzi. Również towarzysząca chorobie nieustanna wizja śmierci była bliska rozmyślaniom romantyków.
Tak jak wspominałam, od czasu napisania wspomnianego eseju trochę się zmieniło. Gruźlica jest jedynie wspomnieniem, rak, mimo, że nadal uważany za straszną chorobę i często wyrok śmierci, wydaje mi się, że stracił już w znacznym stopniu ze swojej dawnej metafory. Co natomiast przejęło ich rolę współcześnie? Moim zdaniem renesans przechodzą choroby psychiczne powracając ze swoimi metaforami rodem z romantyzmu. Obecnie na swój sposób modna jest kultura „edgy”, bycia smutnym i posiadania zaburzeń emocjonalnych. Osoby takie kreują w ten sposób swoje poczucie odmienności, oryginalności, wyjątkowości. W tym momencie nie próbuję lekceważyć chorób psychicznych, wręcz przeciwnie. Odnoszę wrażenie, że wspomniane wyżej osoby przyczyniają się do braku akceptacji, zrozumienia i lekceważenia w społeczeństwie osób, które naprawdę ogromnie cierpią z powodu takich przypadłości, utrwalając w ludziach poczucie, że zaburzenia emocjonalne to jedynie coś urojonego, wynikającego z mody i nie ma sensu traktowanie tego na poważnie.
Patrząc w przeszłość większość dawnych metafor dotyczących chorób wydaje się być wręcz irracjonalna, zastanówmy się jednak czy w przyszłości tak samo nie pomyślimy o obecnie wygłaszanych opiniach. Warto więc zastanowić się, czy podczas wypowiadania się na temat jakiejś choroby nie ranimy kogoś, kto na nią choruję. Takie osoby mają wystarczająco dużo cierpienia i kompleksów, a wygłaszając, zazwyczaj nie mające zbyt wiele wspólnego z prawdą, opinie sprawiamy, że czują się jeszcze gorzej i trudniej radzą sobie z leczeniem.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz